Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Czytanie

poniedziałek, 14 lipca 2008 15:09 Skocz do komentarzy

"Kiedy zapada wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej biblioteki i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną, zbrukaną błotem odzież, a przywdziewam szaty godne królewskiego dworu; tak dostojnie ubrany wkraczam w odwieczną dziedzinę ludzi starożytnych, gdzie uprzejmie przez nich przyjęty posilam się tym pokarmem, który, tylko on, jest moim i do którego spożywania urodziłem się(....)."

(Machiavelli do Franceska Vettori)


Nieraz, gdy czuję się nieswojo we własnej skórze, przywołuję sobie w myśli tę sentencję dla ukojenia. Jest w niej coś z intelektualnej czystości i spokoju, coś z piękna powolnym ruchem wkładanych na nos binokli i otwierania sążnistej księgi. In omnibus requiem quaesivi, et nusquam inveni nisi in angulo cum libro[1] – głoszą słowa przypisywane autorowi De imitatione Christi. A jednak, ów „kącik z książką” kryje w sobie także troski i niebezpieczeństwa.


Przede wszystkim przytłacza nas myśl o przeogromnej ilości książek wartych lektury. Nieraz zadając sobie pytanie, jak bym zareagował dowiadując się, że pozostało mi zaledwie parę miesięcy życia, rodziło się we mnie rozpaczliwe uczucie, że nie zdążę już przeczytać tych książek, które chciałem. Frustrowała mnie konfrontacja krótkości życia z niewzruszonym bezmiarem tekstów – i to nie byle jakich, nie obojętnych. Patrzę na półki mojej skromnej biblioteki z dumą i zadowoleniem, ale niby cień towarzyszy mi wtedy poczucie niepewności, czy aby wszystko przestudiuję, czy ze wszystkim, co mnie interesuje zdołam się zapoznać. Myśl o bogactwie skrytym w księgach budzi podziw, lecz drugą jego stroną jest poczucie własnej marności wobec tego ogromu. Wielkie duchy powierzały myśl swoją pismu, podarowały innym posiadane skarby, otworzyły własne ogrody i krainy dla innych – miałbym wzgardzić ich pięknem, miałbym ich wszystkich nie zwiedzić? Ktoś powiedział przepięknie, że ten, który nic nie czyta, żyje tylko raz, czytelnikowi zaś przypada żyć wielekroć. Jaka szkoda, że to tylko metafora...


Myśl o ograniczeniu i tępocie wynikłych z zaniechania lektury przyprawia nas o dreszcz wstrętu i łatwo wtedy zapomnieć o grożących czytelnikom niebezpieczeństwach. Symbolu tych ostatnich nie musimy szukać daleko – przypomnijmy sobie choćby odrażającą postać Samouka z „Mdłosći” Sartre’a. Chodził on codziennie do biblioteki, by hołdować męczeńskiej a bezmyślnej rutynie czytania wszystkich książek w porządku alfabetycznym. Ta karykatura nędznej erudycji, mola książkowego kompulsywnie pożerającego każdy tekst, który wpadnie mu w ręce, jest – można tak powiedzieć – dnem bibliofilskiego piekła. Lektura właściwa to spotkanie myśli naszych z myślami autora, twórcza asymilacja przyjętej w darze treści. Jeżeli to misterium nie ma miejsca, to czymże różni się studiujący dzieła filozofów od niedbałego czytelnika codziennej gazety czy nawet plotkarskiej gosposi? Bogactwo wiadomości magazynowanych przy kartkowaniu tekstów jest pustą erudycją, zalega w pamięci jak zakurzony sprzęt w piwnicy. Prawdziwy bibliofil czuje obowiązek należytego przemyślenia każdej czytanej książki, a nie tylko literalnego jej odbioru, który grozi przy lekturze zbyt prędkiej.


Tak oto znajduje się szczery miłośnik ksiąg pomiędzy Scyllą a Charybdą: pragnie czytać jak najwięcej, nie chcąc, by cokolwiek z tego pięknego świata umknęło jego oczom; zarazem jednak wie doskonale, że prędkonogi Achilles niewiele zdziała wśród zapisanych kart i czuje, że im więcej czyta, tym sroższa ciąży nad nim groźba utracenia samego siebie. Rozpusta w lekturze grozi chorobą erudyty, jej diagnozą jest smutna indolencja streszczająca się w poczuciu, że jestem pusty, gdy nic nie czytam; moje myśli są martwe, gdy nie ożywia ich tekst; wszystko już powiedziano, wszystko już pomyślano i to zapisano – mogę tylko czytać pokornie i kazać zamilknąć mym myślom, bo i tak nic z siebie nie dobędę. „Którzyciem siedzą z księgami nie mogą być nigdy sami” – to piękne powiedzenie zmienia się w przekleństwo, gdy nie potrafię już sam dotrzymać sobie towarzystwa, gdy nudzę się sam ze sobą bez pomocy książki. Groteskową i krańcową fazę tej choroby można widzieć w treści popularnych, postmodernistycznych Schlagwörter głoszących, że nie tylko nie potrafimy nic już powiedzieć, ale nawet i wyczytać, że zdolność rozumienia tekstu jest ułudą, nie potrafimy nawet interpretować. Zobojętnienie na siebie, na własną myśl i zwrócenie się tylko ku tekstowi, może się skończyć znieczuleniem także na sam tekst. Übrigens ist mir alles verhaßt, was mich bloß belehrt, ohne meine Tätigkeit zu vermehren oder unmittelbar zu beleben[2], powiada Goethe w liście do Schillera. Choroba erudyty jest, jak się zdaje, epidemią naszych czasów – wyostrzony zmysł historyczny wzbrania nam pomyśleć nim coś przeczytamy, brzemię bogactwa tradycji ciąży i łamie każdą nasza inicjatywę. Żyjemy w kulturze znakomicie zilustrowanej w wielkiej Glasperlenspiel[3] H. Hessego: gramy jedynie na strunach tradycji, nie ważymy się nawet myśleć, że stać nas na własny ruch i własną twórczość, jest nam to niemal wzbronione. Jest to stan pożałowania godny, gdy, jak powiada Nietzsche „ uczony, który w gruncie książki tylko odwala, traci w końcu na wskroś i zupełnie zdolność myślenia na własną rękę. Jeśli nie odwala, nie myśli.(...)Wydaje całą swą siłę na mówienie TAK i NIE, na krytykę tego, co już pomyślane – on sam już nie myśli... Widziałem to na własne oczy: zdolne, bogato i swobodnie uposażone natury po trzydziestce już na śmierć zaczytane, jeszcze tylko zapałki, które trzeć trzeba, by iskry – ‘myśli’ wydały. – Wczesnym rankiem, o brzasku dnia, wśród całej świeżości, o jutrzni swej siły – czytać książkę – to zwę występkiem!”[4]. Nietzschemu, temu wielkiemu mistrzowi myślenia w samotni, czytanie pozwalało jedynie „odpocząć po własnej powadze”, a zrozumienie jego własnych pism uzależniał od umiejętności „wolnego przeżuwania”, tak rzadkiej w czasach nowoczesnych. Historia zna niejeden podziwu godny umysł, który nieufnie obchodził się z księgami; byli jednak i tacy, którym lektury służyły za nektar i ambrozję: potężna erudycja humanistów podczas zmierzchu średniowiecza zrodziła całkiem nowy prąd duchowy, a nawet Arystoteles był rzekomo zwany za młodu „czytelnikiem”, tak wiele czasu poświęcał pismom.


Żywe myślenie może być kultywowane, może też być pogrzebane pod stosem cudzych słów i zduszone. Czujemy potrzebę wracania wciąż na nowo do początku, do źródła, które – jak wierzymy – bije w nas samych. To siebie widzimy w wielkich księgach, mamy w nich zwierciadło i siebie tam oglądamy, a przy tym odczuwamy imperatyw wewnętrznej syntezy danych nam w kulturze obrazów - rozproszonych i sprzecznych nieraz - do których wciąż na nowo się odnosimy. Dla każdego zapewne będzie inna tutaj miara – ile czytać, by czytać uczciwie, a do jakiego stopnia obiektywizować swoje myśli, by ich nie uśmiercić. Zakończmy słowami Hegla, których sens każdy nastawiony filozoficznie czytelnik powinien obrać sobie za przykazanie: „Chodzi o to, aby pojąc istniejącą filozofię i wykształcić siebie do jej poziomu i właśnie w trakcie tego dalej ją ukształtować i wznieść o szczebel wyżej. Przyswajając ją sobie czynimy z niej coś własnego – wbrew temu czym była ona przedtem.(...)Historia, którą mamy przed sobą, jest historią odnajdywania samej siebie przez myśl.”[5]




[1] „Wszędzie poszukiwałem spokoju i nigdzie indziej go nie odnalazłem, jak tylko w kąciku z książką.” (Podaję własne tłumaczenia, bo irytuje mnie, jak nie robią tego inni. Człowiek czyta np. jakiś cytat po francusku, a nie zna francuskiego i od razu popada w czarne myśli o własnej ignorancji i nieuctwie, przy czym widzi oczyma wyobraźni ironiczny uśmiech autora tekstu, wyrażający skrajną drwinę i poczucie wyższości – a przecież nie o to chodzi. Czytelnik oraz autor powinni unikać takich przykrych sytuacji – ten pierwszy przez naukę języków, a ten drugi przez robienie przypisów do cytatów przytaczanych w obcym brzmieniu.)

[2] „Zresztą, nienawistne jest mi to wszystko, co mnie pozostawia obojętnym, co nie ożywia mnie bezpośrednio i aktywności mej nie wzmaga”

[3] Tytuł polskiego przekładu: „Gra szklanych paciorków”.

[4] F. Nietzsche, Ecce Homo, paragraf 8 rozdziału Dlaczego jestem taki światły? w przekładzie L. Staffa..

[5] Niech nikt mi przypadkiem nie zarzuca propagowania heglizmu. Cytat ten pochodzi z „Wykładów z historii filozofii”(przeł. Ś.F. Nowicki) i pragnę jedynie zalecieć jego stosowanie w wymiarze indywidualnej kultury intelektualnej, a nie ekstrapolować na sferę „czystej” ontologii.

Brak komentarzy.

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

poniedziałek, 22 marca 2010

Licznik odwiedzin: 772

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Wolne myśli, libertyńskie krotochwile, fikcje, cytaty, eseje, komentarze, filozoficzne improwizacje - wszystko tu znajdziesz, wcześniej lub później.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 17.07.2009 17:01:42
  • autor: pitagolas95
  • treść: Cześć chciałem ci ty...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: