Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Metodyka pisania tekstów akademickich

wtorek, 25 listopada 2008 22:21

Metodologia pisania tekstów akademickich z dziedziny nauk humanistycznych ze szczególnym uwzględnieniem akademickiej filozofii


Niektórym się wydaje, że do napisania dobrego tekstu akademickiego wystarczy odpowiednia wiedza, pomysłowość, umiejętności pisarskie, prócz tego uczciwość intelektualna oraz sumienność, karmione talentem i entuzjazmem. Grubo się jednak myli i pracuje na swą zgubę ten, kto uznałby wymienione atuty za kluczowe, kto chciałby w swej lekkomyślnej naiwności na nich poprzestać i zasiąść do pisania. Człowiek taki, w gorącej wodzie kąpany, zapomniał najwidoczniej o królowej i matce wszystkich cnót dobrego pisarza akademickiego: o METODYCE. Jeśli ktoś posiadł tę kardynalną dzielność, to zaprawdę powiadam mu: o resztę nie musi się troszczyć. Każdy jego tekst będzie jaśniał akademickim blaskiem i zostanie znakomicie przyjęty przez naukowe gremia. Ten natomiast, który chce bazować na swej wiedzy, wyczuciu i talencie, niechaj zapomni o murach akademii - nie jemu pisane zostać prawdziwym uczonym. Bo choćbyś zdobył pyszałku wszelką erudycję, choćbyś mówił językami ludzi i aniołów, a metodyki byś nie posiadł, "byłbyś jako cymbał brzmiący, albo miedź brzęcząca"!

 Nie każdy może wejść w arkana metodyki pisania tekstów naukowych, ale początkującym w tej materii można dać pewne wskazówki; chodzi o jakieś preliminaria, które skierowałyby młodą duszę na właściwe drogi wykształcenia. Dla tych właśnie niezbrukanych umysłów spisuję poniższe punkty. Niechaj służą im za wstępne przykazania!


1.      Tytuł powinien być długi, pełen latynizmów i hellenizmów, barokowy w popularnym sensie tego słowa. Będziesz mógł dzięki temu napisać obszerne uzasadnienie tytułu we wstępie swej pracy. Unikaj w tytule zwrotów wyrazistych i zachęcających czytelnika: zależy Ci przecież na wykształconej elicie, a nie na tłumnym bydle czytelników ciekawych książek. Unikaj także zbyt prostych i jasnych tytułów, bo wszyscy wezmą Cię za popularyzatora, a nie poważnego uczonego. Nie pisz na przykład: „Etyka Arystotelesa", lecz zatytułuj: „Aksjologiczny dyskurs Arystotelesowskiej ontologii w perspektywie historyczno-dziejowej filozofii post‑platońskiej".


2.      Chciałbyś napisać ciekawy wstęp, który rozgrzałby czytelnika, gładko wprowadził w tematykę i zachęcił do lektury całości? To dobre dla tandeciarzy. Wstęp powinien być streszczeniem całej pracy. Nie przejmuj się, jeśli zda Ci się przez to chaotyczny, hasłowy i niezrozumiały: pamiętaj, że nie piszesz dla hołoty, tylko dla wybitnych umysłów. Wstęp ma być taki, żeby po jego lekturze wybitny umysł mógł darować sobie całość i dalej oglądać w spokoju seriale w telewizji zajadając kukurydziane chrupki.


3.      Cały byt uczonego, a więc i praca, którą się trudni, winien promieniować intelektualnym spokojem. Do swych badań wybierz temat najmniej interesujący, czyli taki, który nie pobudzi w żaden sposób Twoich emocji. Unikniesz niepotrzebnego zaangażowania i zarzutów o brak obiektywizmu.


4.      Brak zainteresowania tematyką pomoże Ci spełnić kolejny warunek rzetelnej pracy: nie wypowiadaj nigdy własnego zdania. Dobry uczony pozostawia narwańcom i neurotykom głoszenie poglądów; sam zajmuje się czymś o wiele szlachetniejszym: przetwarza to, co inni napisali, nadając temu oczyszczoną formę naukowego dyskursu, który jest czytelny jedynie dla prawdziwej elity.


5.      Jeśli podczas pracy przeżywasz chwile słabości i jednak chcesz napisać coś od siebie, choćby odnośnie najprostszej kwestii, to natychmiast przerwij pracę, zamknij oczy, policz do 100 oddychając głęboko. Spójrz na to, co napisałeś do tej pory, następnie weź stos czasopism naukowych z Twojej dziedziny i problematyzuj wszystko, co się tylko da (rób to w przypisach), a cytuj przy tym uczonych kolegów. Jeśli nie ochłoniesz w ciągu godziny, to przez kolejne dwie rób przypisy do przypisów, zestawiaj ze sobą polemiki, argumentacje, cytuj cytaty z cytatów cytatów. Na koniec, w nagrodę, pozwól sobie na małą przyjemność: wygłoś skromnie, z licznymi zastrzeżeniami co do własnej omylności i ułomności, nieśmiałą opinię: „zdaje się, że ma rację x, który powołał się tu na y'ka, ale pewne argumenty mogą też przemawiać za s'em, który polemizuje z y'kiem,  cytując badania r'a, który powoływał się na ...itd.".


6.      Czytałeś kiedyś książkę z zakresu Twej dziedziny, która pisana była znakomitym stylem? Zdała Ci się ekscytująca i miałeś wypieki? Po jej ukończeniu przeszło Ci przez myśl, że też chcesz tak pisać? Wstydź się! To uczucia godne sztubaka kartkującego kryminały z kiosku. Jeśli jest to książka o tematyce naukowej i jest pisana interesująco, to jej autor od razu jest podejrzany o niespełnienie większości wymagań akademickiej powagi.


7.      Pewnie tkwisz jeszcze w reakcyjnym przekonaniu, że wywód w tekście powinien być gładki, spójny i stanowić w miarę możliwości zamkniętą całość? Otrząśnij się i zapamiętaj tę maksymę: luki i  bolesne braki w tekście inni przypiszą swej niewiedzy i nie ośmielą się krytykować Twych wywodów. Odwołuj się często do mało znanych książek w miejscach niejasnych: i tak nikt ich nie przeczyta, ale za to wszyscy okażą wielki szacunek Twej erudycji.


8.      W zakończeniu napisz to samo, co we wstępie, tylko nieco poprzestawiaj kolejność zdań. Nie myśl nad tym za wiele - nie daj boże Ci przyjdzie do głowy, by wygłosić własny pogląd.


9.     Zawsze pamiętaj o złotej zasadzie: im bardziej zniechęcisz potencjalnych czytelników, tym lepiej. Ustrzeżesz elitarność akademickiego fachu, nie narazisz się na dyletancką krytykę. Te trzy osoby, które przejrzą Twój tekst, będą sobie mogły schlebiać, że tylko one były do tego zdolne - przez to Cię pokochają; natomiast cała reszta okaże Ci przychylność, by sprawić wrażenie, że też przeczytała. Będziesz miał samych przyjaciół i zwolenników.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dlaczego nienawidzę pytania: „Czego słuchasz?”

czwartek, 31 lipca 2008 20:18
To normalne, że ludzie pytają się w rozmowach o upodobania i zainteresowania, że chcą przybliżyć sobie gusta rozmówcy, że chcą wymienić poglądy, by lepiej się dzięki temu poznać. Oczywista to rzecz, że szukamy, czasami na oślep, osoby o podobnych predylekcjach i cieszymy się, gdy natrafimy u kogoś na duchową atmosferę podobną do naszej. Zbieramy więc wywiad, egzaminujemy, indagujemy, niecierpliwie czekając na odpowiedzi, które być może okażą inicjacją entuzjastycznej wymiany doświadczeń na obszarze wspólnych wzruszeń. Wprawia nas to w dobry nastrój, gdy ktoś dzieli z nami zamiłowania – to naturalne. Dlatego pytamy o nie obficie.

Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. Zdarza się jednak, że sposób sformułowania pytania kierowanego do mnie a mającego na celu wywieść na światło dzienne moje upodobania, jest tak niezręczny i drażniący, że uznaję za bezcelowe udzielanie odpowiedzi, zaś kontynuację rozmowy mam za próżną i daremną. Odkąd pamiętam, właśnie owo nagminnie zadawane pytanie „a czego słuchasz?” budziło we mnie przemożną abominację.

Kocham muzykę do szaleństwa – jest to jedna z niewielu rzeczy, które czynią moje życie wartym trudu. Mam sporą kolekcję płyt i zamiast marzyć o sportowym samochodzie, jak większość samców w moim wieku, marzę o audiofilskim sprzęcie audio w osobnym pomieszczeniu do celów odsłuchowych. Jeśli ktoś zagadnie mnie o muzykę i chce o niej ze mną mówić, to dotyka sfery niezwykle intymnej. Niech więc pyta delikatnie, dyskretnie, wkładając w to choć odrobinę namysłu. Dlaczego tak rzadko ludzie zaczynają ten temat od ukochanych kompozytorów, najbardziej cenionych wykonawców czy ulubionych muzycznych epok? Dlaczego przeważa to lakoniczne, gruboskórne, wymruczane i niestaranne pytanie „a czego słuchasz”? Otóż mam wrażenie, że rozmówca chce usłyszeć jakąś hasłową odpowiedź, oczekuje, że wymienię jakiś gatunek, on się doskonale zorientuje w całej sprawie i będzie już właściwie wszystko wiedział. Cóż – jest jeden problem. Należę do nielicznego grona dziwolągów, którzy słuchają – z paroma wyjątkami - muzyki skomponowanej przed wiekiem XX. Jaka odpowiedź byłaby więc poprawna w moim przypadku? „Muzyka klasyczna”? – ten nieścisły termin odpada. Muzyka barokowa czy renesansowa z pewnością nie może być poprawnie nazwana muzyką klasyczną. Mogę co prawda wymieniać kolejnych kompozytorów i epoki, których muzyka mnie interesuje. Ale wtedy rozmówca reaguje zniecierpliwieniem i pyta z grymasem: „Czyli klasycznej?”, co znów zmusza mnie do wyjaśnień co do nieadekwatności tego określenia. Jest jeszcze jeden wytrych słowny, wyjątkowo mi nienawistny: „muzyka poważna”. W życiu bym tej etykiety nie użył – gdy słyszę to określenie, od razu widzę jakiegoś spasionego kiełbasą filistra, który przyodziany w garnitur od ślubu idzie raz na rok do filharmonii posłuchać „muzyki poważnej” (wszak jest „poważnym” człowiekiem, więc jakiej innej ma słuchać?), a podczas koncertu naprzemiennie czyta zakupiony u wejścia folder i drzemie, generalnie robi wszystko prócz słuchania muzyki. Szukam więc dalej krótkiej a zwięzłej odpowiedzi. Dwoję i troję, wiję w konwulsjach, bo każde słowo, jeszcze zanim je wypowiem, zaczyna cuchnąć w ustach. Widzę oczekującą twarz rozmówcy i wiem, że jeśli tylko rzeknę: „najbardziej kocham Jana Sebastiana Bacha”, to pokiwa głową z pobłażaniem. Zazwyczaj bowiem jego kontakt z Bachem ograniczał się do płyt z serii Muzyka przy świecach dawanych gratis do hot-doga w byle smażalni frytek. Jak mam powiedzieć, że kocham Bacha, skoro interlokutor ma jeszcze świeżo w pamięci radosne trele wygrywane na syntezatorze przez podchmielonego muzykanta z wesela, trele umieszczone, niczym najgorsza obelga, pod nazwiskiem Bacha na płycie rozpowszechnianej jako kinder-niespodzianka? Od razu nachodzą mój umysł nagrania zamawiane przez gospodynie domowe z folderów Readers Digest, wykastrowane i „ułatwione”, by można było je zrozumieć piekąc jednocześnie frykasy dla wesołej rodziny; wspominam wykonania mistrzów o fioletowych obliczach, którzy częściej niż partytury czytają etykiety napojów winopodobnych; grzmią mi w głowie, jak w najgorszym koszmarze, oklepane klasyczne szlagiery grane na sprzęcie marki Casio przez laureatów pierwszych nagród w konkursach wiejskiego wodzirejstwa! Wszystko to sprawia, że czuję się zagubiony i odpowiadam ostatecznie: „Ja? Czego słucham? A, w sumie niczego ciekawego...”

komentarze (4) | dodaj komentarz

Potrzeba posiadania opinii

sobota, 19 lipca 2008 23:29
Ileż razy pytano mnie, jako studenta filozofii, o moje poglądy dotyczące życia, świata, śmierci i tym podobnych ogólników! Są to filozoficzne dylematy rodem z imienin u cioci, a pytania nimi inspirowane i prośby kierowane w moją stronę, bym „jako filozof się wypowiedział”, dowodzą niebywale niskiej kultury indagującego. Rozmówcą tego pokroju umyka zwykle fakt, że nie jestem wcale filozofem, co najwyżej – i to w porywach – „filozofkiem”, „filozofikiem” czy wręcz „filozofusiem”; na co dzień natomiast zajmuję się historią filozofii, co czyni niebagatelną różnicę. Pytać mnie o „istotę życia”, to jak nakłaniać matematyka przy kawie i ciasteczkach, by podał wzór, z którego korzystał Bóg tworząc wszechświat – w obu przypadkach daleko posunięty infantylizm psychiczny rozmówcy jawi się w całej swej bezwstydnej okazałości.

Mam nieodparte wrażenie, że za tego typu pytaniami stoi panoszące się w dzisiejszej kulturze przekonanie, iż posiadanie własnej opinii na temat rozmaitych spaw życia jest rzeczą właściwą młodym, inteligentnym ludziom, a od kogoś, kto zajmuje się czymś tak dziwnym jak filozofia, oczekuje się tego w tym samym stopniu, co dobrych manier przy stole. (Nie będę się tu wyżywał i pominę fakt, że ludziom filozofia zazwyczaj kojarzy się z marzycielskim zapatrzeniem w chmury na niebie i snuciem życiowych mądrości – są to braki w wykształceniu, które jestem w stanie wybaczyć.) Pospolity umysł nie dostrzega, że posiadanie wielu opinii na temat bardzo wielu kwestii nie musi być oznaką wysokiej kultury myślowej, a może wręcz świadczyć o jej braku. Na pytanie cioci o to, czym jest dla mnie prawda, mógłbym odpowiedzieć setką zmyślonych naprędce aforyzmów, równie „głębokich” jak durnych i żaden nie byłby moją opinią, bo takiej nie posiadam. Mógłbym też dobyć z siebie jakiś bełkot o „niekonkluzywności nomadycznych dyskursów”, ale wtedy wujo zakrztusiłby się kluskami z rosołu, a ciocia polała gorącą herbatą marki Minutka® - i po co to wszystko?

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mówiąc potocznie

sobota, 19 lipca 2008 15:11

W naszych codziennych rozmowach pojawia się wiele wyrażeń, którym można przypisać status obiegowych haseł. Niektóre z nich są podatne na zjawisko sezonowej mody, inne z kolei przewijają się od lat ze stałą częstotliwością. Używa się ich w rozmaitych kontekstach, przy czym rzadki jest zarówno namysł nad nimi, jak i próba określenia, co mają właściwie oznaczać. Zabawna to rzecz, jak wiele z tych wyrażeń nosi ślady dawnego, filozoficznego namysłu, który niewiadomym sposobem spłynął ku językowi potocznemu. Jednakże owe filozoficzne ślady są tak wyblakłe i zatarte, iż nieraz trudno uwierzyć, jak to ten lub ów wyświechtany truizm może w ogóle być nimi naznaczony.

Chciałbym od czasu do czasu pobawić się tu komentarzem do takich popularnych powiedzonek, które już żadnego zdziwienia nie budzą, a wręcz nudne się stały i puste. Zastanowić się czy jakiś sens mają, a jeśli tak, to jaki. Przyjrzeć się kontekstom, w których najczęściej występują oraz zweryfikować czy ich użytkownicy mają cokolwiek na myśli czy raczej są jej pozbawieni i tylko puste sygnały z siebie wydają.

Co wy na to, by opisać, na początek, takie zwroty? (dzielę je na dwie grupy i omówię każdą z nich w kolejnych wpisach):

1.„Bądź po prostu sobą!” albo „Ja po prostu jestem sobą!”. „Ona nigdy nie jest sobą!”, „Zaakceptuj siebie!”.

2. „Teoretyczni tak, praktycznie nie”. „Teoretycznie jest to możliwe...”.

„Już praktycznie kończę ten wpis, jeszcze tylko parę słów i ENTER!”.

 

P.S: Proszę czytelników o podsuwanie mi rozmaitych, często spotykanych fraz do przemyślenia, co do których budzi się ich podejrzenie, że sensu nie mają, albo które w jakikolwiek sposób ich nurtują. Chętnie wezmę je na warsztat.

 

 

 

komentarze (1) | dodaj komentarz

Po co ten blog? Krótki wstęp

poniedziałek, 14 lipca 2008 19:04
Każdy człowiek ma swoje słabostki. Ja też mam kilka. Jedną z nich jest chęć posiadania czytelników i otrzymywania od czasu do czasu komentarzy. Jeśli już coś piszę na blogu, to pewnie chcę by ktoś czasami na to zerknął - chcę tego, nawet jeśli chwilowo bym twierdził, że to nieprawda. Lubię też przeczytać wypowiedzi komentatorów i odpowiedzieć na nie. Nie ukrywajmy: cieszy mnie jakikolwiek odzew, choćby i mój blog komentowała osobistość, która sztuki argumentacji i gładkości w obyciu nabywała włócząc się po smażalniach frytek.

Pisywałem sobie kiedyś radośnie na tym serwisie i miałem sporo czytelników - poczynając od natur niebywale zdziczałych, a kończąc na umysłach dowcipnych i krzepkich. Potem zamknąłem ów diariusz z wielu względów, założyłem nowy i przystojniejszy na blogspot.com. Mimo atrakcyjnej szaty graficznej, nikt nie chciał go kupować; być może była to wina słabej reklamy, że nie trafił do szerszej publiki i czytywany był w wąskim gronie.

Ten blog będzie bliźniaczym odbiciem oryginalnego Apollona, którego każdy znajdzie pod adresem:

Oryginalny Apollon





Przy okazji muszę polecić dzieło autora, na którym tłumna publika żadnego wrażenia nie robi; autora, który przed laty udał się daleko w góry, niby Nietzscheański Zaratustra zażyć chłodnego, ostrego powietrza wyżyn - stamtąd zsyła nam swe pisma, nie skażone utylitarnym pierwiastkiem pragnienia przypodobania się komukolwiek. To właśnie dzięki temu jego zapiski są tak wyjątkowe. Miałem okazję trafić na nie dawno temu, zanim jeszcze powstał Apollon.
Oto wrota Dyonizosa
:

Dyoznizos

komentarze (2) | dodaj komentarz

ekscerpt II

poniedziałek, 14 lipca 2008 17:04
Jak w znanej baśni o Parmenisku, który w trofońskiej pieczarze stracił zdolność do śmiechu, ale odzyskał ją znowu na wyspie Delos, spojrzawszy na bezkształtny kloc, który mu przedstawiono jako wyobrażenie bogini Latony - tak samo jest ze mną. Kiedy byłem młody, zapomniałem się śmiać w trofońskiej pieczarze;
 ale kiedy podrosłem, otworzyłem oczy i mogłem obserwować życie; zacząłem się śmiać i od tego czasu śmiać się nie przestałem. Ujrzałem, że najważniejsze w życiu to zarabiać na chleb i zostać radcą prawnym; że najwyższą rozkoszą miłości jest ożenić się bogato;
że błogosławieństwem przyjaźni jest wzajemna pomoc w trudnościach pieniężnych; że jest mądrością podzielać zdanie innych;
że jest natchnieniem mieć mowę przy stole; że jest odwagą narazić się na grzywnę 10 talarów; że jest serdecznością powiedzieć po obiedzie
"na zdrowie";

że jest bojaźnią bożą raz na rok przystąpić do komunii. Ujrzałem to wszystko i zacząłem się śmiać.


(Kierkegaard, Albo, albo; Diapsalmata)




komentarze (0) | dodaj komentarz

ekscerpt

poniedziałek, 14 lipca 2008 16:59
Oznaką, że cena życia kontemplacyjnego spadła, jest to, że uczeni ubiegają się teraz w zawody z ludźmi czynnymi o pewnego rodzaju pośpieszną rozkosz,
tak jakby wyżej cenili ten rodzaj rozkoszowania się od tego, który właściwie im przystoi, i który rzeczywiście o wiele więcej jest rozkoszą. Uczeni wstydzą się otium. A jednak są to rzeczy szlachetne: odpoczynek i bezczynność.
- Jeżeli bezczynność rzeczywiście jest początkiem wszystkich występków,
 to znajduje się przynajmniej w najbliższym sąsiedztwie wszystkich cnót;
człowiek bezczynny zawsze jest jeszcze lepszy od czynnego. - Lecz wy nie sądzicie chyba, że mówiąc o odpoczynku i bezczynności, mam na myśli was, leniwcy?


(F. Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, paragraf 284)


komentarze (0) | dodaj komentarz

Pisanie

poniedziałek, 14 lipca 2008 15:24

Należy więc jednym słowem stwierdzić, gdy mamy przed sobą czyjeś pisma(...), że nie były to rzeczy największej wagi dla piszącego, o ile on sam jest człowiekiem poważnym, takowe spoczywają gdzieś w najpiękniejszej sferze jego myśli; jeżeli zaś naprawdę powierzył książkom to, do czego największą przykłada wagę, oto zaiste mu – nie bogowie – ludzie śmiertelni rozum odebrać zdołali.
(Platon, List 7)


Pisać, powiemy, każdy może: lepiej lub gorzej - od codziennych, brukowych błahostek, aż po arcydzieła sztuki pisarskiej, którymi żyje kultura. Gdy udoskonalono technikę druku, Europejczycy jęli rozpisywać się z bezwstydnym wręcz zapałem – rzec by wypadało, iż utracili w tym rzemiośle wszelką nad sobą kontrolę. Spytajmy atoli: jak to wszystko się zaczęło? Zdaje się bowiem, że już u samych swych początków niosły ze sobą wytwory literackie niedogodną dwuznaczność.


Oto Platon opowiada w Fajdrosie niepokojącą, mityczną historię narodzin pisma. Wynalazcą liter miał być zamieszkujący ziemie Egiptu bóg Teut, który już wcześniej wysławił się swymi zdolnościami: odkrył „liczby i rachunki, geometrię, astronomię, dalej warcaby i grę w kostki”. Podarował swoje dzieło mądremu królowi Tamuzowi przedstawiając wynalazek pisma jako lekarstwo na pamięć, a zarazem środek sprzyjający mądrości, który winien zostać rozpowszechniony ku doskonaleniu oraz chwale człowieka. Król ufał dobrym intencjom boga, ale na jego dar spojrzał nieufnie i surowy wydał o nim osąd. „Ten wynalazek – powiedział – niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza”. Mądrości także nie pomoże szerzyć, lecz przeciwnie: zamieni ją w pozór, w „oczytanie bez nauki”. Pismo nie posiada wartości leczniczej – jest paliatywem, który po zażyciu pogłębia chorobę i odcina drogę ku zdrowiu.


Przenikliwy król przypisał literom działanie odwrotne do zamierzonego, ale nie dopatrywał się przy tym podstępu boga Teuta. Albowiem samo pismo kryje w sobie zgubę, stanowi pułapkę, w którą wpadł bezprzytomnie nawet wynalazca, do końca wierzący w skuteczność swego specyfiku. Tamuz celnie zdemaskował rdzenną właściwość przedstawianego mu środka, która sprzyja opacznej ewaluacji i stanowi największe jego niebezpieczeństwo: jest to siła pozoru. Pismo będzie wspomagać pamięć – ale tylko pozornie; będzie szerzyło mądrość – ale mądrość pozorną; szerząc zaś pozór upłynni granicę między prawdą a fikcją, zachwieje ludzkim osądem i zaciemni własną zdradliwą istotę utrudniając jej demistyfikację. Jest to pharmakon obcy istocie człowieka, a ukryty weń podstęp, to pozorny konsonans i zgodność z duchową rzeczywistością, którą z wolna wyniszcza zamieniając w pozbawiony substancji cień.


****


Opowiedziany mit feruje swym przesłaniem surowe wyroki – niepodobna jednak słuchać ich jako ostrzeżeń przed zażyciem trucizny, gdy opiaty Teuta krążą od tysiącleci w krwioobiegu kultury. Możemy natomiast przyglądać się własnym poczynaniom przez pryzmat diagnozy króla Tamuza i - dzięki jaśniejszemu rozpoznaniu choroby - wyjść naprzeciw temu, co zdrowe; leży w naszej mocy nauczyć się rozpoznawać, cenić i kultywować nieskażone oazy, wierząc, że prawdziwa mądrość oraz droga ku niej była i jest nadal możliwa.


Istotą trucizny zwanej pismem jest pozór, a korelatywnym doń schorzeniem zapomnienie – wszystkie inne szkody zdają się wynikać z tych dwóch centralnych rysów fałszywego lekarstwa. Przeto spytajmy: o jakim osłabieniu pamięci tu mowa? W czym może się ono przejawiać i dlaczego niszczycielskie jego konsekwencje sięgają serca mądrości? Problemem zasadniczym nie jest ten, który bije zrazu w oczy – nie polega na trywialnym zaniedbaniu ćwiczeń pamięci odtwórczej, na mnemotechnicznym rozleniwieniu. Owszem, choroba byłaby to błaha, łatwa w kuracji i nie licująca z powagą Tamuzowej przestrogi. Zapomnienie, o którym mowa musi sięgać korzeni kultury duchowej, samego rdzenia myśli; trudno je spostrzec, zdiagnozować, a potem wytrzebić, gdyż skrywa się, tudzież maskuje, nieodłącznie sprzężone i napędzane siłą pozoru czerpaną z jadowitego pharmakon. Jest przy tym epidemiczne, boć sam jego nośnik, wynalazek pisma, okazał się zaraźliwy. Zapomnienie to dotyka „istoty człowieka”, o której Tamuz rzekł, że lekarstwo w postaci znaków jest jej obce.


Dwie są możliwości, dwa wierzchnie symptomy i drogi rozwoju choroby, którą chcemy obserwować, a związany z nimi jest podwójny smutek niszczejącej mądrości. Tak oto zapomnienie może zadziałać od wewnątrz lub z zewnątrz. Drugi rodzaj, trafnie przewidziany przez Platona, rzuca się w oczy jako pierwszy: gdy mędrzec odważy się na użycie pisma, powierzy znakom swe tajemnice, ryzykuje zagładę własnej mądrości. Pragnie utrwalić swoje myśli za pomocą liter, kusi go specyfik Teuta. Widzi w nim bowiem lekarstwo na niepamięć swoich uczniów i potomnych; pragnie wyryć własną mądrość w stabilnym materiale, który przetrwa jego śmierć, będzie pomnikiem i świadectwem życia jego myśli, które były skazane na manifestację w czasie i nieuchronne przemijanie w płynącej zjawiskowości. Dla swego najpiękniejszego dziecka, dla nauk, które głosił, pragnie przechytrzyć efemeryczną kondycję własnego zaniku i zapewnić im byt empiryczny w trwalszym fundamencie. Jednakże logos, którego bytowanie pragnie przedłużyć, ujęty w znaki pisane nieuchronnie obumiera: mędrzec ufał, że zasili jego życie, a pozostawił go jedynie w postaci zmumifikowanej pamiątki. Można teraz oglądać jego słowa, jedno po drugim, jak w muzealnej witrynie – ale zostały oderwane od korzeni, przez które czerpały witalne soki, są spetryfikowane w pierwiastku „obcym istocie człowieka”. Głuche i nieme, gdy pytać je i prosić o wyjaśnienia, szeregi liter grają wciąż tę samą melodię, która z czasem zagłusza wszelką żywą pamięć o ich użytkowniku. Mędrzec chciał przeskoczyć ponad śmiercią w pierwiastku własnej mądrości, ale posąg, który po sobie pozostawił, trafił w ludzki tłum i osobę swego twórcy całkowicie przesłonił. Nie ma już mędrca jako bijącego nieustannie źródła, żywego świadectwa głoszonej mądrości: pozostały jedynie pisma, które każdy może przeczytać i splugawić opacznym rozumieniem, a nikt się temu nie sprzeciwi, zwłaszcza obojętne na wszystko litery. Pozostawione w znakach posłanie, miast nieustannie wskazywać na swoje źródło i wskrzeszać w duszach żyjących czytelników istotę nauczyciela, który jako byt empiryczny już opuścił świat, maskują ją de facto i podają się same za esencję. Pharmakon Teuta rodzi zapomnienie, wabiąc wciąż zgubnym przekonaniem, że wystarczy poprzestać na przyswojeniu samego zapisu, by odebrać właściwy dar mędrca. Platon poucza:


„Coś strasznie dziwnego ma do siebie pismo (...). Zdaje ci się nieraz, że słowa pisane myślą i mówią. A jeśli je zapytasz o coś z tego, o czym mowa, czego się chcesz nauczyć, one wciąż tylko na jedno wskazują; zawsze jedno i to samo [...]. A kiedy je fałszywie oceniają i niesłusznie hańbią, zawsze by się ich ojciec przydał do pomocy, co same ani się od napaści uchronić, ani jej odeprzeć nie potrafią.”


Ojciec swych pism już odszedł, a jego czyny, radości, smutki, jego żywa i macierzysta dla głoszonej mądrości osobowość zostały zapomniane. Wraz z upływem czasu nawet relacji i wspomnień o nim nie bierze się serio – wręcz ignoruje się jako zbędny naddatek i akcydens; liczą się tylko rzeczowe argumenty zbrojące jego poglądy, które figurują w pozostawionych dziełach; czytelne, jasne i komunikowalne są podatne na kolejne reprodukcje, trawestacje oraz zapożyczenia. Zaczynają żyć własnym pozorem, zastępują kłamliwie postać mędrca. W czasach średniowiecza nawet imiona autorów starożytnych utraciły znaczenie (nie mówiąc o biografiach) i jeżeli w ogóle ich używano, to tylko jako etykiet określonych, znanych już z lektur, narracji światopoglądowych. Osoba nikogo nie interesowała, nawet Arystotelesa zwano już po prostu „Filozofem”...


Mówiliśmy do tej pory o zapomnieniu zewnętrznym – czeka ono mędrca nieostrożnie szafującego pismem, a przestrzegał o tym głośno Platon. Stąd podejrzenie, że to, co sam napisał jest psotą i igraszką, a rzeczywiste swoje nauki głosił ustnie – zgodnie ze wskazaniami pozostawionymi w Liście siódmym. Wiemy także, że okryty mityczną aurą nauczyciel mędrca Plotyna w ogóle nie chciał pisać, a sam Plotyn swoje dzieła dedykował zżytym z jego duszą uczniom, którzy wiedzieli jak je czytać, a swego mistrza nie zapomnieliby nawet po jego śmierci. Skrypty spełniały w szkołach filozoficznych (np. Epikurejskiej i stoickiej) specyficzną funkcję, bynajmniej nie miały nauczać: służyły jako środek pomocniczy, podpora dla myśli, która miała przywracać mistrza pamięci ucznia, gdy tamten był oddalony. Z czasem także ten ostrożny użytek wymknął się spod kontroli i pisma „poszły w świat”.


Teraz musimy sobie zdać sprawę, że to z początku zewnętrzne zapomnienie szerzone przez pismo, zapomnienie przysłaniające postać mędrca, zaciemniające źródłowy charakter jego niepowtarzalnej egzystencji – otóż to właśnie zapomnienie zostało uwewnętrznione i poczęło się przeradzać w wyznawaną wartość. Odkąd, jak mówi wschodnie przysłowie, oczy głupców poczęły się wpatrywać w palec, gdy on wskazywał księżyc, poglądy wyrażane w pismach poczęto brać za sedno filozoficznego życia – za rzeczywistość i substancję mądrości uznano dzieło książkowe, literacką pozostałość: życie myśliciela miało być produkcją czytelniczego materiału. Oto moment pojawienia się wewnętrznego zapomnienia, spełniającego się w samej duszy pisarza, a także czytelnika. Autor nie umieszcza już, jak wspominany wyżej mędrzec, swej istotnej treści w obcym jego istocie medium pisma: on teraz nie pragnie nic przekazywać, a jedynie lepić w tym obcym medium bałwany ku uciesze adorujących je czytelników. Jest martwy w swej czynności, śpi głęboko i to mu odpowiada. Robi układanki z liter, które nie są szyfrem i wskazówką, bo samo ich kreowanie mało obchodzi twórcę – on nie myśli, on po prostu pisze, ale pozór tkwiący w piśmie, fałszywa wartość, w którą wynalazek Teuta siebie osnuwa, rodzi to rdzenne zapomnienie, które pozwala brać pisanie za myślenie. Czytelnik także wpada w pułapkę, bo nie chodzi mu już o przejęcie rzeczywistego impulsu myśli, którą sam we własnej istocie by urzeczywistnił: uprawia pustą erudycję i staje się spełnieniem przepowiedni Tamuza o fałszywych mędrcach z „oczytaniem bez nauki”. Liczy się pismo, odwołania do pism, cytaty z pism, literackie zestawienia i wariacje na książkowe tematy. Kultura duchowa zmienia się w Borgesowską wierzę Babel: wszechświat nieskończonych ciągów liter bez myśli, kosmos snu nad kartami ksiąg, osnuty wieczną nocą zapomnienia.


****


Przedstawiony tu los wszechwładnego pozoru nie jest ostateczny. Już na początku deklarowaliśmy wiarę w możliwość mądrości współistniejącej z trucizną pisma. Myślenie, rzeczywiste życie duszy i jego związki z pisaniem oraz czytaniem ukaże kolejny wykład. Wszak Nietzsche, który ostrzegał jak mało kto przed bezmyślnym czytaniem i pisaniem, napisał w jednym z listów: Tylko wtedy, gdy coś napiszę, jestem rzeczywiście zdrowy i dobrze się czuję. Cała reszta to tylko antrakt
(27 września 1873 r.). To zdrowie, tak silne, że działanie trucizny przekształca w swą moc i korzyść, ukażemy w kolejnej próbie.





komentarze (0) | dodaj komentarz

Wprowadzenie do pytania o filozofię. Częśc pierwsza.

poniedziałek, 14 lipca 2008 15:17

 


Czym jest filozofia, czym filozofowanie? Pytanie to wprawia w konfuzję, a to nie tylko przez swoją ogólność. Od jakiej strony je uchwycić, czego się przytrzymać udzielając odpowiedzi? „Ptaszek śpiewa, ale nie zajmuje się ornitologią”, dowcipkują niektórzy. A czy filozof filozofuje i nie waży się inkwirować własnej aktywności? W istocie, przez całe stulecia filozofia radziła sobie doskonale nie wzbudzając zbędnych wątpliwości wobec swej istoty, a przewrotna potrzeba autointerpretacji była jej obca. Pytanie „czym jest filozofia?” jest jak pojawiająca się o zmierzchu wątpliwość, dręczący rachunek sumienia i przymus oceny dnia, który minął bezpowrotnie. Ta metaforyka, obraz myśli i pytań wschodzących wraz z zachodem słońca, ma korzenie Heglowskie, mówi o refleksji dokonywanej post factum, która posiada już wszystko za swymi plecami i ze spokojem może spojrzeć wstecz zawieszając wzrok na tym, co byłe i urzeczywistnione: „sowa Minervy wylatuje o zmierzchu”. Nadchodząca noc jest cichym czasem medytacji, której nie grozi już żadna przyszłość.

 

Lecz nasze pytanie, pytanie o filozofię, dopomina się także o całkiem inny obraz. Być może nie pada ono wieczorem, a raczej o poranku, wraz z powolnym przebudzeniem rozpraszając senne mary. Otwieramy z wolna oczy, ale nie chcemy by blask dnia przepędził wyśnione obrazy nim zdążymy opowiedzieć sobie ich historię. Przymykamy jeszcze na chwilę powieki i ratujemy oniryczną fabułę przed przepaścią zapomnienia – streszczamy ją pośpiesznie w myśli, przyswajamy pamięci. A gdy już odważymy się wziąć głębszy oddech, przetrzeć oczy dłońmi i spojrzeć przez okno na królestwo dnia, wtedy pytamy nieraz o znaczenie snów, o ukryte przesłanie Morfeusza – może ono właśnie jest właściwą celebracją świtu i niesie ze sobą pełny jego sens? Myśl taka pobrzmiewała w dobie oświecenia, w tej lub innej, zawsze zawężonej formie: Kant wspomina swoje przebudzenie z „metafizycznej drzemki”, Francuzi zapowiadają postępującą eliminację przesądów oraz idoli ludzkiego umysłu – także tych zaległych w filozoficznej tradycji - które mają ulec rozproszeniu w promieniach światła rozumu. W doskonalszej formie nastrój tej metafory realizuje Nietzsche. Filozofii trzeba się tu przyjrzeć, bo jest ona jak prześniona historia, z której warto wyciągnąć wnioski na przyszłość, bo oto świta, nadchodzi nowa realność, a senna, miniona przygoda nie powinna przyćmić świeżości poranka: więc streszczamy ją sobie, opowiadamy i osądzamy, by dłużej nie kryła się pod powierzchnią świadomości, nie wypływała potajemnie na wyobraźnię.

 

W metaforyce wieczoru akt filozofowania jest dopełniony przez refleksję nad filozofowaniem samym, tu znajduje swą ostateczną realizację. Natomiast w wyobrażeniu poranka traktujemy filozofię jako rzecz minioną, z którą trzeba się rozprawić w obliczu otwartego właśnie dziejowego horyzontu - należy ona do nieaktualnego, odchodzącego już świata. Pokusa syntezy obu obrazów, przeciwstawnych na pierwszy rzut oka, musi być odłożona na później: wszak nie rozpoznaliśmy jeszcze sytuacji naszego pytania o filozofię szkicując metaforycznie jego dwie wyjściowe motywacje. Budzący się z rana pyta o to, co mu się przyśniło; zasypiający pragnie zebrać w myśli wydarzenia minionego dnia: w obu wypadkach pytania mają tę samą formalną budowę i niosą podobne trudności. Uprzytomnijmy sobie, o co zabiega pytający o filozofię – ku czemu kieruje się jego pytanie?

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czytanie

poniedziałek, 14 lipca 2008 15:09

"Kiedy zapada wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej biblioteki i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną, zbrukaną błotem odzież, a przywdziewam szaty godne królewskiego dworu; tak dostojnie ubrany wkraczam w odwieczną dziedzinę ludzi starożytnych, gdzie uprzejmie przez nich przyjęty posilam się tym pokarmem, który, tylko on, jest moim i do którego spożywania urodziłem się(....)."

(Machiavelli do Franceska Vettori)


Nieraz, gdy czuję się nieswojo we własnej skórze, przywołuję sobie w myśli tę sentencję dla ukojenia. Jest w niej coś z intelektualnej czystości i spokoju, coś z piękna powolnym ruchem wkładanych na nos binokli i otwierania sążnistej księgi. In omnibus requiem quaesivi, et nusquam inveni nisi in angulo cum libro[1] – głoszą słowa przypisywane autorowi De imitatione Christi. A jednak, ów „kącik z książką” kryje w sobie także troski i niebezpieczeństwa.


Przede wszystkim przytłacza nas myśl o przeogromnej ilości książek wartych lektury. Nieraz zadając sobie pytanie, jak bym zareagował dowiadując się, że pozostało mi zaledwie parę miesięcy życia, rodziło się we mnie rozpaczliwe uczucie, że nie zdążę już przeczytać tych książek, które chciałem. Frustrowała mnie konfrontacja krótkości życia z niewzruszonym bezmiarem tekstów – i to nie byle jakich, nie obojętnych. Patrzę na półki mojej skromnej biblioteki z dumą i zadowoleniem, ale niby cień towarzyszy mi wtedy poczucie niepewności, czy aby wszystko przestudiuję, czy ze wszystkim, co mnie interesuje zdołam się zapoznać. Myśl o bogactwie skrytym w księgach budzi podziw, lecz drugą jego stroną jest poczucie własnej marności wobec tego ogromu. Wielkie duchy powierzały myśl swoją pismu, podarowały innym posiadane skarby, otworzyły własne ogrody i krainy dla innych – miałbym wzgardzić ich pięknem, miałbym ich wszystkich nie zwiedzić? Ktoś powiedział przepięknie, że ten, który nic nie czyta, żyje tylko raz, czytelnikowi zaś przypada żyć wielekroć. Jaka szkoda, że to tylko metafora...


Myśl o ograniczeniu i tępocie wynikłych z zaniechania lektury przyprawia nas o dreszcz wstrętu i łatwo wtedy zapomnieć o grożących czytelnikom niebezpieczeństwach. Symbolu tych ostatnich nie musimy szukać daleko – przypomnijmy sobie choćby odrażającą postać Samouka z „Mdłosći” Sartre’a. Chodził on codziennie do biblioteki, by hołdować męczeńskiej a bezmyślnej rutynie czytania wszystkich książek w porządku alfabetycznym. Ta karykatura nędznej erudycji, mola książkowego kompulsywnie pożerającego każdy tekst, który wpadnie mu w ręce, jest – można tak powiedzieć – dnem bibliofilskiego piekła. Lektura właściwa to spotkanie myśli naszych z myślami autora, twórcza asymilacja przyjętej w darze treści. Jeżeli to misterium nie ma miejsca, to czymże różni się studiujący dzieła filozofów od niedbałego czytelnika codziennej gazety czy nawet plotkarskiej gosposi? Bogactwo wiadomości magazynowanych przy kartkowaniu tekstów jest pustą erudycją, zalega w pamięci jak zakurzony sprzęt w piwnicy. Prawdziwy bibliofil czuje obowiązek należytego przemyślenia każdej czytanej książki, a nie tylko literalnego jej odbioru, który grozi przy lekturze zbyt prędkiej.


Tak oto znajduje się szczery miłośnik ksiąg pomiędzy Scyllą a Charybdą: pragnie czytać jak najwięcej, nie chcąc, by cokolwiek z tego pięknego świata umknęło jego oczom; zarazem jednak wie doskonale, że prędkonogi Achilles niewiele zdziała wśród zapisanych kart i czuje, że im więcej czyta, tym sroższa ciąży nad nim groźba utracenia samego siebie. Rozpusta w lekturze grozi chorobą erudyty, jej diagnozą jest smutna indolencja streszczająca się w poczuciu, że jestem pusty, gdy nic nie czytam; moje myśli są martwe, gdy nie ożywia ich tekst; wszystko już powiedziano, wszystko już pomyślano i to zapisano – mogę tylko czytać pokornie i kazać zamilknąć mym myślom, bo i tak nic z siebie nie dobędę. „Którzyciem siedzą z księgami nie mogą być nigdy sami” – to piękne powiedzenie zmienia się w przekleństwo, gdy nie potrafię już sam dotrzymać sobie towarzystwa, gdy nudzę się sam ze sobą bez pomocy książki. Groteskową i krańcową fazę tej choroby można widzieć w treści popularnych, postmodernistycznych Schlagwörter głoszących, że nie tylko nie potrafimy nic już powiedzieć, ale nawet i wyczytać, że zdolność rozumienia tekstu jest ułudą, nie potrafimy nawet interpretować. Zobojętnienie na siebie, na własną myśl i zwrócenie się tylko ku tekstowi, może się skończyć znieczuleniem także na sam tekst. Übrigens ist mir alles verhaßt, was mich bloß belehrt, ohne meine Tätigkeit zu vermehren oder unmittelbar zu beleben[2], powiada Goethe w liście do Schillera. Choroba erudyty jest, jak się zdaje, epidemią naszych czasów – wyostrzony zmysł historyczny wzbrania nam pomyśleć nim coś przeczytamy, brzemię bogactwa tradycji ciąży i łamie każdą nasza inicjatywę. Żyjemy w kulturze znakomicie zilustrowanej w wielkiej Glasperlenspiel[3] H. Hessego: gramy jedynie na strunach tradycji, nie ważymy się nawet myśleć, że stać nas na własny ruch i własną twórczość, jest nam to niemal wzbronione. Jest to stan pożałowania godny, gdy, jak powiada Nietzsche „ uczony, który w gruncie książki tylko odwala, traci w końcu na wskroś i zupełnie zdolność myślenia na własną rękę. Jeśli nie odwala, nie myśli.(...)Wydaje całą swą siłę na mówienie TAK i NIE, na krytykę tego, co już pomyślane – on sam już nie myśli... Widziałem to na własne oczy: zdolne, bogato i swobodnie uposażone natury po trzydziestce już na śmierć zaczytane, jeszcze tylko zapałki, które trzeć trzeba, by iskry – ‘myśli’ wydały. – Wczesnym rankiem, o brzasku dnia, wśród całej świeżości, o jutrzni swej siły – czytać książkę – to zwę występkiem!”[4]. Nietzschemu, temu wielkiemu mistrzowi myślenia w samotni, czytanie pozwalało jedynie „odpocząć po własnej powadze”, a zrozumienie jego własnych pism uzależniał od umiejętności „wolnego przeżuwania”, tak rzadkiej w czasach nowoczesnych. Historia zna niejeden podziwu godny umysł, który nieufnie obchodził się z księgami; byli jednak i tacy, którym lektury służyły za nektar i ambrozję: potężna erudycja humanistów podczas zmierzchu średniowiecza zrodziła całkiem nowy prąd duchowy, a nawet Arystoteles był rzekomo zwany za młodu „czytelnikiem”, tak wiele czasu poświęcał pismom.


Żywe myślenie może być kultywowane, może też być pogrzebane pod stosem cudzych słów i zduszone. Czujemy potrzebę wracania wciąż na nowo do początku, do źródła, które – jak wierzymy – bije w nas samych. To siebie widzimy w wielkich księgach, mamy w nich zwierciadło i siebie tam oglądamy, a przy tym odczuwamy imperatyw wewnętrznej syntezy danych nam w kulturze obrazów - rozproszonych i sprzecznych nieraz - do których wciąż na nowo się odnosimy. Dla każdego zapewne będzie inna tutaj miara – ile czytać, by czytać uczciwie, a do jakiego stopnia obiektywizować swoje myśli, by ich nie uśmiercić. Zakończmy słowami Hegla, których sens każdy nastawiony filozoficznie czytelnik powinien obrać sobie za przykazanie: „Chodzi o to, aby pojąc istniejącą filozofię i wykształcić siebie do jej poziomu i właśnie w trakcie tego dalej ją ukształtować i wznieść o szczebel wyżej. Przyswajając ją sobie czynimy z niej coś własnego – wbrew temu czym była ona przedtem.(...)Historia, którą mamy przed sobą, jest historią odnajdywania samej siebie przez myśl.”[5]




[1] „Wszędzie poszukiwałem spokoju i nigdzie indziej go nie odnalazłem, jak tylko w kąciku z książką.” (Podaję własne tłumaczenia, bo irytuje mnie, jak nie robią tego inni. Człowiek czyta np. jakiś cytat po francusku, a nie zna francuskiego i od razu popada w czarne myśli o własnej ignorancji i nieuctwie, przy czym widzi oczyma wyobraźni ironiczny uśmiech autora tekstu, wyrażający skrajną drwinę i poczucie wyższości – a przecież nie o to chodzi. Czytelnik oraz autor powinni unikać takich przykrych sytuacji – ten pierwszy przez naukę języków, a ten drugi przez robienie przypisów do cytatów przytaczanych w obcym brzmieniu.)

[2] „Zresztą, nienawistne jest mi to wszystko, co mnie pozostawia obojętnym, co nie ożywia mnie bezpośrednio i aktywności mej nie wzmaga”

[3] Tytuł polskiego przekładu: „Gra szklanych paciorków”.

[4] F. Nietzsche, Ecce Homo, paragraf 8 rozdziału Dlaczego jestem taki światły? w przekładzie L. Staffa..

[5] Niech nikt mi przypadkiem nie zarzuca propagowania heglizmu. Cytat ten pochodzi z „Wykładów z historii filozofii”(przeł. Ś.F. Nowicki) i pragnę jedynie zalecieć jego stosowanie w wymiarze indywidualnej kultury intelektualnej, a nie ekstrapolować na sferę „czystej” ontologii.

komentarze (0) | dodaj komentarz

 12  »

sobota, 21 listopada 2009

Licznik odwiedzin: 684

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Wolne myśli, libertyńskie krotochwile, fikcje, cytaty, eseje, komentarze, filozoficzne improwizacje - wszystko tu znajdziesz, wcześniej lub później.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 17.07.2009 17:01:42
  • autor: pitagolas95
  • treść: Cześć chciałem ci ty...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: